O autorze
Ryszard Petru to wrocławianin i ekonomista z ogromnym doświadczeniem. W Banku Światowym zajmował się reformą finansów publicznych, polityką regionalną i klimatem inwestycyjnym. Był przewodniczącym Towarzystwa Ekonomistów Polskich oraz współpracował z Forum Obywatelskiego
Rozwoju. Jest autorem szeregu publikacji na tematy gospodarcze, a także współtwórcą książki "Koniec Wolnego Rynku? Geneza kryzysu". Zasady ekonomii doskonale tłumaczy nawet dzieciom, czego dowodem są jego książki dla najmłodszych.
Dziś Ryszard Petru to lider partii politycznej Nowoczesna, która daje nadzieję na to, że już
wkrótce będziemy żyć w nowoczesnym i dobrze zarządzanym kraju. Jego plan uzdrowienia państwa i gospodarki pokazuje, że Polskę można zorganizować lepiej za te same pieniądze.

„Budżet w ruinie“, czyli kosztowne obietnice PiS

Zamiast bezpiecznego budżetu 2017, minister Szałamacha zbudował domek z kart i musi mocno trzymać kciuki, by wiatr go nie przewrócił. Niestety, w gospodarce nie ma cudów.

Populistyczne obietnice wyborcze Prawa i Sprawiedliwości rozbudziły w elektoracie apetyt, którego niezaspokojenie może pozbawić PiS władzy. Nie po to Jarosław Kaczyński czekał 8 lat w ławach opozycji. Dlatego przyszłe skutki dzisiejszego rozdawnictwa nie mają dla niego, ani dla jego „dworu“ znaczenia.

Przyszłoroczny deficyt budżetowy wyniesie prawie 60 mld zł (dokładnie 59,3 mld) i w ujęciu nominalnym będzie najwyższy po 1989 r. Deficyt nie jest pojęciem abstrakcyjnym. Wydatki państwa wyższe niż dochody oznaczają wzrost długu, który w przyszłości wraz z odsetkami będziemy spłacać wszyscy, również dzisiejsi beneficjenci rządowej hojności.

Planując rekordowo wysoki deficyt minister finansów musiał uwzględnić kilka czynników:

1. wyższe koszty programu 500+ (łącznie 22,5 mld zł wobec ok. 17,2 mld zł w 2016 r.),
2. koszty obniżenia wieku emerytalnego (2,7 mld zł – przy czym rząd zakłada, że reforma zacznie obowiązywać dopiero w IV kwartale),
3. brak nadzwyczajnych dochodów niepodatkowych, które mocno wsparły budżet w 2016 r.: aukcja częstotliwości LTE za 9,2 mld zł oraz zysk NBP w kwocie 8 mld zł, na rok 2017 szacowany zaledwie na 0,63 mld zł,
4. większe wydatki infrastrukturalne, niektóre wątpliwe ekonomicznie i ekologicznie jak np. przekop Mierzei Wiślanej (koszt 2 mld zł).

Analizując założenia przyszłorocznego budżetu widać kilka niebezpieczeństw, które stawiają jego realizację pod dużym znakiem zapytania. Przy wzroście wydatków o kwotę prawie 15 mld zł, ministerstwo zakłada wzrost deficytu o niecałe 5 mld zł.

Dlaczego?

Bo równocześnie do dochodów wpisuje pozycje bardziej przypominające myślenie życzeniowe, niż odpowiedzialne planowanie finansów 38-milionowego państwa.

Aż 10 mld zł ma wpłynąć do państwowej kasy z tytułu uszczelnienia systemu podatkowego (VAT i CIT). Problem w tym, że dotychczasowe próby uszczelniania polskiego systemu podatkowego nie wygenerowały takich kwot i nie istnieją realne podstawy pozwalające te 10 mld zł traktować jako przewidywalny dochód państwa. Jak zatem minister zamierza je pozyskać? Poprzez tysiące kontroli skarbowych, nakładających kary finansowe z błahych powodów i utrudniających rozwój przedsiębiorcom? Wzrost opresyjności fiskalnej państwa nie zagwarantuje wzrostu jego dochodów.

Zwróćmy także uwagę, że dotychczasowe działania fiskalne, takie jak podatek bankowy, przynoszą wpływy znacznie niższe od zakładanych. Nawet aukcja koni w stadninie w Janowie pod nadzorem PiS zakończyła się spektakularną porażką. A co dopiero mówić o przedsięwzięciu finansowym o nazwie Polska?

Wzrost gospodarczy na poziomie 3,6% w 2017 r. jest również bardzo optymistycznym założeniem. Ministerstwo Finansów w tym roku przeszarżowało już z prognozami wzrostu i niedawno obniżyło je z 3,8% do 3,4% (po II kwartałach mamy wzrost na poziomie 3,1%). Spodziewałbym się raczej wolniejszego wzrostu związanego z osłabieniem popytu zewnętrznego (m.in. na skutek bezpośrednich i pośrednich efektów Brexitu), a także nieco wolniejszej dynamiki konsumpcji prywatnej. Wątpliwe będą nowe inwestycje prywatne ze względu na coraz większą niepewność i wzrost ryzyka politycznego. Możemy liczyć jedynie na przyspieszenie w sektorze inwestycji publicznych w związku z uruchomieniem środków z nowej perspektywy unijnej.


Mocno ryzykownym punktem założeń ministra Szałamachy jest deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 2,9% PKB. Pomyłka w tym zakresie może być dla Polski bardzo kosztowna. Skoro deficyt budżetu centralnego ma wynieść prawie 3% PKB, to de facto, w pozostałych sektorach finansów publicznych (FUS i samorządy) powinna wystąpić nadwyżka. O ile w pewnych warunkach możliwa jest nadwyżka w przypadku FUS, o tyle nie spodziewałbym się jej w przypadku samorządów, które czeka wydatkowanie funduszy europejskich z nowej perspektywy. To zwiększy ich obciążenia przez konieczność angażowania środków na wkład własny lub zaciągania na ten cel kredytów.

Tak więc, istnieje realne ryzyko, że deficyt sektora finansów publicznych przekroczy 3% progu z traktatu lizbońskiego. Skutkiem tego będzie wszczęcie przez Komisję Europejską wobec Polski procedury nadmiernego deficytu. A to oznacza przyjęcie planu naprawczego i cięcie wielu wydatków takich jak podwyżki dla pracowników sektora budżetowego lub podwyżek emerytur, a także ograniczenie innych świadczeń socjalnych oraz inwestycji tworzących nowe miejsca pracy.

Cechą polityki finansowej PiS jest krótkowzroczność.
Wicepremier Morawiecki może zrobić wiele kolorowych prezentacji i obiecać kraj miodem i innowacyjnością płynący. Minister Szałamacha może wpisać każdą kwotę do arkusza kalkulacyjnego. Ale elastycznie kształtowane tabelki i kolorowe wykresy nie stworzą bezpiecznego budżetu. Stworzy go odpowiedzialne dalekowzroczne działanie, którego brakuje rządowi.

W czasie nie najgorszej koniunktury deficyt powinien być obniżany po to, by gromadzić rezerwy na gorsze czasy. O tym mówi złożona w lutym przez Nowoczesną Ustawa o zrównoważonym budżecie, która z marszu, z terminem „na nigdy“ trafiła do szuflady Marszałka Sejmu.

Rząd PiS przy względnie dobrej koniunkturze rekordowo zwiększa deficyt, zadłużając maksymalnie swoich obywateli. Ten dług trzeba będzie spłacać gdy koniunktura może być znacznie gorsza.

Nie znamy kosztów Brexitu, walczymy z fatalnymi wskaźnikami demograficznymi, polscy przedsiębiorcy wolą inwestować i działać za granicą. To nie są warunki sprzyjające wzrostowi dochodów państwa.

Zamiast abstrakcyjnego dla wielu osób budżetu państwa, wyobraźmy sobie gospodarstwo domowe, którego członkowie decydują się na kredyt i wydatki znacznie przekraczające dochody, a do pozycji źródło spłaty wpisują: „jakoś to będzie“. Sytuacja takiego gospodarstwa jest łatwa do przewidzenia. Ona jest lustrem przyszłorocznego budżetu.

Kiedy rządy PiS dobiegną końca, jego następcy otrzymają w spadku „budżet w ruinie“. Trzeba będzie ogromnej determinacji, długiego czasu i wysokich kompetencji by zapewnić finansom publicznym równowagę i bezpieczeństwo.
Trwa ładowanie komentarzy...