Jarosław Kaczyński na gospodarce się nie zna i traktuje ją jedynie jako instrument do zapewnienia środków na spełnianie populistycznych obietnic. To i dobrze, i źle. Dobrze, bo jeśli miałby równie silne przekonanie o tym, jak powinna funkcjonować gospodarka, co o tym, jak ma działać demokracja, to w ciągu kilku miesięcy mielibyśmy kryzys gorszy niż w Grecji. Dobrze, bo zarządzanie gospodarką jest skłonny oddać ludziom, którzy są w tej dziedzinie kompetentni. Źle natomiast, ponieważ nie ma świadomości konsekwencji ekonomicznych swoich posunięć.
Jednak Mateusz Morawiecki nie może już udawać, że na gospodarce się nie zna. Przez wiele lat był prezesem dużego banku w Polsce. Dlatego w jego przypadku trudno znaleźć dobre wyjaśnienie firmowania nieodpowiedzialnej polityki budżetowej. Doprowadzenie do kryzysu w polskiej gospodarce, która jeszcze rok temu była oceniania jako jedna z najzdrowszych w UE, spowoduje, że będzie on miał problem z powrotem do bankowości. Chyba, że plotki o jego ambicjach na przejęcie przywództwa w PiS są prawdziwe. W tej sytuacji miałby interes w utrzymywaniu Prezesa Kaczyńskiego w nieświadomości, bo kryzys najbardziej osłabi pozycję lidera PiS.
Można w tym miejscu przypomnieć refren piosenki Wojciecha Młynarskiego: "Po co Babcię denerwować, niech się Babcia cieszy". Mniej do śmiechu jednak nam będzie, gdy uświadomimy sobie, że długi zaciągnięte za czasów przywódcy, o którym śpiewał Młynarski, musieliśmy spłacać przez prawie 40 lat.
